“finger food” …

Kilka dni temu miałem zapowiedzianą, wieczorną wizytę “niekolacyjnych” Gości … na wstępie, zapowiedziano telefonicznie: “nie szykuj żadnej kolacji … przyjedziemy już po” … dobra, ale co ? … o suchym pysku będziemy tak siedzieć ? … bez żadnej przekąski do napitków ?

To nie u mnie … nie miałem jednak tego dnia żadnej “kulinarnej weny” … co by tutaj nowgo przygotować ? (zapowiedziani Goście czasami u mnie bywają, jeden z nich jest Szefem Kuchni i Inspektorem Federalnym, nie mogłem więc zrobić czegoś co już było) … problem polegał na tym, że za oknem była paskudna pogoda i nie chciało mnie się nigdzie wychodzić … chciałem zrobić coś, ze składników które miałem dostępne w swej kuchni …
… rankiem tego dnia, prowadziłem sobie sympatyczne pogaduchy na Forum “
BudujemyDom” … no i … moi dyskutanci – w szczególności Koleżanka “Czapi” oraz Koledzy “Trzylwy” i “Bajbaga” – pobudzili moją wyobraźnię, … z ich pomocą … wpadłem na jakieś pomysły i przygotowałem:

Roladę z Tortilla na zimno
… czyli “wrzuciłem byle co” do gotowego kukurydzianego placka, a mianowicie: świeży szpinak, szynkę, ser szwajcarski i czarne oliwki, całość przyprawiając sosem z pleśniowego sera

Mini szaszłyczki wieprzowe
… dwa schabowe kotlety pokrajane w kostkę, plastry wędzonego boczku, kawałki zielonej słodkiej papryki i czerwonej cebuli wraz z grzybkami Portobello … dodałem do tego świeżo zrobiony sos BBQ na bazie jałowcówki

Roladki drobiowe s suszonym pomidorem
… czyli rozwałkowałem dwa “kurzęce cycki”, faszerując je plastrami wędzonego boczku i marynowanym w oliwie suszonym pomidorem z kaparami, podałem na sosie ze świeżych pomidorów.

Bruschetta była dobrym do tego wszystkiego dodatkiem a  naleweczki i wina z domowego barku, akurat do takiego zestawu pasowały.

Koleżeństwu z Forum Budujemy Dom, serdecznie dziekuję za wspomożenie.

marznąca Floryda

W tym roku na Florydzie odnotowano rekord zimna (-2*C było tutaj ponad 60 lat temu) o tej porze Grudnia.
Mroziło nas po 6 godzin na dobę, przez trzy kolejne noce.
Nawet najstarsi Indianie nie pamiętają takich chłodów. Niechybnie to autochtoni z plemienia Timucua, rozbili u mnie na ogrodzie swe obozowisko.

… być może trochę dziwnie to wyglada, ale jest to jeden z niezłych, “domowych” sposobów, na ochronę przed zmarznięciem roślin które “boją się mrozu”. Osłoniłem w ten sposób, moje Avocado i Kumquat. Bananowiec i Papaja “zmarniały” już przy temperaturze +1*C


Obserwowałem opatulony, te zmagania roślin z mrozem, ogrzewając się w tym czasie, przygotowywanym już na Święta bigosem.

W mojej domowej kuchni, ruch jednak jeszcze niewielki, choć niektóre tradycyjne potrawy (śledzie, bigos, pierogi) już znajdują się gotowe w mej lodówce.
Wigilijna ryba jeszcze jednak, sobie pływa gdzieś swobodnie (nie wiem jaką przygotuję w tym roku – trochę czasu na podjęcie decyzji zostało – zależy co się trafi u miejscowych rybaków, choć Terenia w tym roku, domaga się alaskańskiego łososia upieczonego na desce).

Nic specjalnie nowego nie gotuję na przedświąteczne kolacyjki. Generalnie, to co trafi w moje łapki, ze starszych zapasów w zamrażarce i z jakichś pozostałości przy bieżącym przygotowywaniu się do Świąt … został np kawałek pieczonej, wieprzowej łopatki (od sporządzenia bigosu) …

… były także jakieś resztki sosu BBQ, salsy i koktajlowych pomidorków … ingrediencje jak znalazł do przygotowania Carnitas (zrobiłem je jednak na trochę inny, niż tradycyjny sposób).

Święta zbliżają się już wielkimi krokami
… tak więc – 
w świątecznym już nastroju, Was pozdrawiam

zawijanie, rolowanie …

Od czasu Święta Dziękczynienia … czyli rolowania indyka, coś mnie wzięło na zwijanie i rolowanie.
Mieliśmy już dość indyka ale rolowanie jeszcze jakoś we mnie tkwiło.
Dla odmiany TexMex – pomyślałem – znowu się ochłodziło (ach to “globalne ocieplenie”), z zamrażarki wydobyłem duże tortillas, by sobie trochę pozawijać. Przygotowanie buritos akurat do zawijania pasowało.

Burritos amerykańskie nieco się różnią, od ich meksykańskiego pierwowzoru.
Jak meksykańska wieść gminna niesie, Burritos powstały przez przypadek. Pewien meksykański “mobilny restaurator” z okolic El Paso del Norte, w czasach Rewolucji Meksykańskiej, sprzedawał swoje Tacos, przemieszczając całą swą “restaurację” na grzbiecie osiołka. Główne składniki Tacos (mielone mięso, fasola i ryż) by mu za szybko nie wystygły, zawinął w placki Tortillas. Przez przypadek chyba (może miał za długą kolejkę głodnych, rozeźlonych rewolucjonistów) sprzedał im te zawiniątka, które im bardzo zasmakowały. Nazwa “Burritos” pochodzi od z hiszpańskiego “burro” (osioł).
Meksykańskie tradycyjne Burritos są więc nadziane tylko mięsem, fasolą i ryżem i mniejsze od wersji amerykańskiej, która zawiera dodatkowo jeszcze inne składniki (mogą się one różnić) ale głównie to: sałata, ser, posiekane pomidory lub avocado i inne.

W swej wersji postanowiłem pozwijać: mielone wołowe mięso (odpowiednio przygotowane z wieloma przyprawami), oczywiście fasolowe purée, starty dość grubo Cheddar, rozdrobnione liście sałaty, i świeżo przygotowaną pomidorową salsę.

Na stole wylądowały burritos Chef Paul’s które, dodatkowo posypałem z wierzchu startym serm (nieco mi zostało) i polałem resztą salsy (również zrobiłem trochę więcej). Ponieważ wg Tereni, salsa była dla niej lekko za pikantna, dołożyłem ukwaszonej kremówki.

Rolowania jednak dość nie miałem. Miałem za to piękny kawałek górnej zrazowej. Można z takiego kawałka, zrobić wspaniałą pieczeń z czosneczkiem i marynowanym zielonym pieprzem … ale ja nie … rolować mi się chciało.
No i pierwsza przeszkoda … zabrakło w mej lodówce wędzonego boczku (który jak wiadomo, jest nieodzownym składnikiem do tradycyjnych polskich zrazów wołowych) … nic to – pomyślałem – substytutem boczku może być przecież … pyszniąca się pięknie na lodówkowej półce, peklowana, prasowana słoninka, którą przywlokłem całkiem niedawno z polskiego sklepu. Kiszone ogóreczki były (kiszę w małym kamiennym garnczku, zgrabne małe ogóreczki, dostępne u mnie przez cały rok, które to gdy już ukiszone, pakuję w spożywcze woreczki i przechowuję w najchłodniejszej części lodówki. Sięgam po nie gdy mam ochotę na czystą zmrożoną). Były jeszcze suszone, kalifornijskie śliwki “węgierki”, które postanowiłem dorzucić do zrazów, wraz z pokrajaną w piórka cebulką i oczywiście kawałeczkiem skórki z razowego chleba.
Rozbiłem tłuczkiem mięcho, zgrabnie zrolowałem, spinając całość wykałaczkami i na patelnię, z rozgrzaną na niej minimalną ilością słonecznikowego oleju.

Zawsze układam na patelni i obsmażam zrazy, najpierw w miejscu końcówki zawijańca. Białko zawarte w mięsie, pięknie się ścina i pozwala na wyjęcie wykałaczek, takie “ciała obce” drażnią mnie niebywale, więc je wyjmuję kiedy tylko zraz się “zamknie” i rumienię mięsko dookoła, dodając następnie pokrajaną w półtalarki cebulkę i ząbki czosnku, przykrywam i duszę na małym ogniu około półtorej godziny, podlewając od czasu do czasu, wodą zmieszaną z czerwonym wytrawnym winkiem (w proporcji 1/4 wina).

Przez czas cały w kuchni pięknie pachniało, a ja rozmyślałem z czym by tutaj te zraziki podać.
Na półce z warzywami leżały sobie więdnąc smętnie, małe buraczki (miałem z nich zrobić czysty barszcz na indycze święto, ale barszcz zastąpiłem większą ilością wina). Postanowiłem skrócić ich męczarnie. Upiekłem je w piekarniku, następnie obrałem a w czasie ich obierania zredukowałem na patelni o 3/4 dwie szklanki Merlot. Obrane buraczki rozkroiłem na połówki i wrzuciłem do żaroodpornej miseczki, posypałem lekko solą i pieprzem oraz minimalną ilością suszonego rozmarynu, zalałem redukcją i wstawiłem na powrót do piekarnika.
Po chwili zapach pieczonych zrazów zaczął się mieszać z zapachem pieczonych buraczków, a mnie wonie te przyprawiły o skręt kiszek z głodu. Czas naglił, Terenia już była prawie za zakrętem przed naszym domem i zaraz zapewne poczuje przygotowywaną kolację. Rozgrzałem więc szybciutko na patelni przednią oliwę, pokrajałem kawałek pszennej bułki, posypałem mieszanką ziół do Bruschetta (mam zawsze przygotowany w jednym z “przyprawowych słoiczków” mały jej zapas) i w ciągu minuty grzanki były gotowe. Przygotowanie kremu chrzanowo-czosnkowego trwa mniej niż minutę (mieszamy tylko ukwaszoną kremówkę z chrzanem i pokrajanymi w cieniutkie plastereczki marynowanego w oliwie z ziołami czosnku – który chyba każdy z Was ma – a jeżeli nie ma, to bardzo łatwo zrobić: należy oczyszczone ząbki czosnku zasypać ulubionymi ziołami – komu się nie chce kombinować, może użyć mieszanki ziół prowansalskich – i zalać dobrą oliwą, po kilku dniach mamy marynowany czosneczek i dodatkowo wspaniałą oliwkę do pieczywa i nie tylko).

W czasie gdy otwierały się drzwi garażowe wszystko już miałem na talerzach …

… i nalewałem wino do kieliszków.

Na propozycję – zupa krem kalafiorowo-brokułowy – Terenia nie miała ochoty, twierdząc stanowczo, że się odchudza (znowu … i nie widomo z czego).

Smakowicie, jak zwykle pozdrawiam.

Święto Dziękczynienia … czyli indyk

Już na dwa tygodnie przed tym świętem, Terenia przytargała z pracy zamrożoną, niewielką, młodą indyczkę, ważącą około 5 kg.
Ponieważ tego roku, postanowiliśmy “Thanksgiving“, spędzić tylko we dwoje, miast indyka tradycyjnie piec w całości, musiałem przerobić go jakoś inaczej … no bo ile razy można jeść odgrzewanego, pieczonego indyka, którego nijak zjeść się nie da tylko we dwoje … nawet jak jest taki niewielki.

Indyczkę “rozebrałem” na elementy, z piersi i marynowanego, zmielonego mięsa nóg … postanowiłem na świąteczną kolację zrobić rolady z indyczym grzybowym sosem …

… pozostałą część rolady, można było zachować w galarecie

Podałem je tradycjnie z dodatkiem “yams” (słodkie ziemniaki), które przyrządziłem utłuczone, z dodatkiem masła, ukwaszonej kremówki, posiekanej świeżej natki pietruszki i … chrzanu

Zamiast podawanaego do indyka – zwykle w ten dzień – “stuffing’u” (na bazie chleba z warzywami), upiekłem placek ziemniaczany z grzybami

Indycze skóry, podroby, skrzydła, pokaźną szyję i szkielet ugotowałem. Bulion zamroziłem w pojemnikach, a kości obrałem z mięsa i zalałem galaretą (na bazie części bulionu)

Z pozostałego mielonego mięsa zrobiłem “gołąbkowe klopsiki” pod pomidorowym sosem

Tym sposobem cały indyk został przerobiony na kilka potraw … nie cierpię aby się w mojej kuchni, marnowało jedzenie.

z pozdróweczkami indyczymi

babie lato … zapachy lasu i sadu na stole

… trochę wcześniej w tym roku.

florydzkie babie lato

 Lato jeszcze nie odpuszcza, w dzień temperatury prawie 30*C, choć noce i poranki już chłodne … poniżej 20*C więc … Jesień już coraz bliżej.

Pojawiły się grzyby, choć te rosnące na mojej działce, trujące nie są, ale zbyt smakowite również nie za bardzo …

… mało pachnące i takie jakieś bezpłciowe w smaku.

Jesienne kwiaty w pełnym rozkwicie …

… ale żadnych oszałamiających woni dokoła nie rozsiewają.

Na naszym jadalnym stole natomiast, zaczyna pachnieć jesienny las i sad.
W domowej kuchni, coraz częściej do gara trafiają mięsiwa. O tej porze roku, organizm zaczyna przypominać o zbliżających się chłodach i  domaga się czegoś bardziej konkretnego … niż letnie zielsko i jogurcik.
Leśne zapachy … w Polsce borowików i podgrzybków a u mnie …
… znalazłem w zamrażarce dwa samotne schabowe kotleciki i w bardzo krótkim czasie, zostały przetworzone na rolady schabowe z grzybami

rolada schabowa z grzybami

Jeżeli nie macie pod ręką schabu bez kości, to z powodzeniem możecie go zastąpić filetami drobiowymi.
Rolady można podawać z kaszą, ryżem, ziemniakami, chlebem (lub z czym tam lubicie) … moje były tym razem, w towarzystwie pieczonego ziemniaka.

Zapachy z sadu … z Polski pamiętam głównie cudowny zapach zbieranych jesienią jabłek … u mnie to dojrzewające powoli grapefruty i pomarańcza.
Niedzielny obiad postanowiłem podać w polskim stylu … żeberka wołowe z jabłuszkiem

żeberka wołowe z jabłuszkiem

Żeberka zamarynowałem w jabłkowym soku, udusiłem z żubróweczką najprawdziwszą i podałem na puszystym purée ziemniaczano-marchwiowym z groszkiem.

W końcu kiedy, jak nie jesieną, mają trafić na nasze stoły dania ze świeżymi zapachami lasu i sadu.

jak zwykle Wszystkich smakowicie pozdrawiam

kto kogo i coś z Tex-Mex

kto kogo ? …  powinien tutaj skonsumowć ?

te co miały być mniejsze i służyć jako danie, … spoglądają łakomie na gatunek swych naturalnych myśliwych, przed którymi jak najprędzej powinny wziąć nóżki i skrzydełka “za pas” … co to się porobiło ? … koniec świata bliski ?

Niedoszły “pasztet” natomiast po moim trawniku biega

… jego szczęście, że za mały jeszcze … oby tylko nie urósł za wielki i mnie … na pasztet nie przerobił.

W tak zwanym “międzyczasie” (czyli w zeszłym tygodniu), Terenię znowu naszło na “morskie robale”, tak więc w naszym ubiegło-tygodniowym menu, były dwa razy krewetki.

Po pierwsze primo:

shrimp Fettuccine

Po drugie primo:

… już trochę mniej klasyki i fusion z Tex-Mex, czyli burrito krewetkowe.

No i tak później trochę z rozpędu …

super supreme Tacos  … bez “robali” jednak, z klasyczną wołowinką przyprawianą po meksykańsku.

Za kilka dni wybieram się w okolice Toronto, na uroczystość Srebrnych Godów do swojego najmłodszego Braciszka, zdam więc Wam relację (może nie tylko kulinarną) zaraz po powrocie …

z pozdróweczkami smakowitymi pozostaję

co ryje w koperku

… przyłapałem ich wreszcie.

Siedząc w słoneczne popołudnie na tarasie i popijając zmrożoną “Margaritę”, zauważyłem jakiś ruch od strony mej “ziołwej grządki” (trzymam w cieniu palmowych liści na granicy mej działki, kilka doniczek z różnistym zielskiem, przydatnym na codzień w kuchni) … w pobliżu korytka z koperkiem, kręciły się dwa małe dranie …

… podszedłem do nich na dwa kroki … Armadillo (pancerniki), były tak zajęte wyszukiwanieniem swego obiadu, że nie zwracały na mnie szczególnej uwagi …

… uznały (prawidłowo), że nie nadają się na mój talerz w charakterze dania i grasowały w najlepsze …

… rujnując mój koperek

… dobrze choć, że nie wpadły na pomysł, posmakowania bazylii lub rozmarynu …

… widocznie ani pod bazylią, ani pod rozmarynem czy oregano, żadnych larw nie wyczuły …

… i pomaszerowały dalej

Zebrałem nędzne resztki koperku, pojechałem kupić trochę ogóreczków i za dwa, trzy dni będą “małosolne”

Jeżeli już jesteśmy przy “zielsku”, w letnie, upalne dni (kiedy nasz rozleniwiony organizm nie domaga się zbyt dużych ilości protein i białka, a doskonale się czuje, gdy dostarczymy mu większą ilość witamin i soli mineralnych) dobrze smakują wszelkiego rodzaju sałaty, np …

Sałata z dodatkiem szpinaku, rukoli, avocado i zielonych tomatilos, skropiona Waszym ulubionym viniagrette, jest jednym z ulubionych dań mej małżonki … mój organizm, jest chyba jednak, troszeczkę inaczej zbudowany, gdyż domaga się choć odrobiny białka …

… odpowiednią jego ilość, dostarczają mi świeżo złowione rybki, z jajeczkiem i sokiem z cytryny, które w galarecie, schłodzone, prosto z lodóweczki, zawsze wybornie smakują.

jak zwykle smakowicie Was pozdrawiam

szybkie i tanie … danie na śniadanie

Ostatnio sklarowałem następną porcję masła (które jak uważam, powinno stanowić stały zapas wypełniający naszą domową lodówkę) więc dziś, kilka dań z użyciem tego wspaniałego kulinarnego wynalazku, który posiada tę właściwość, że jego temperatura “przypalania” jest znacznie wyższa niż zwykłego masła, a także można je w lodówce dłużej przechowywać. Wynalazek ten prawdopodobne pochodzi z południowej Azji, gdzie zwą go “ghee“. Palmę jego pierwszeństwa, usiłują mu także wyrwać ludy środkowego Wschodu, nazywając go “samna“, ale i krzyk podnoszą również Francuzi, twierdząc, że “beurre noisette” to oni wymyślili.
Niezależnie jednak, kto pierwszy masło sklarował, przyczynił się w znacznym stopniu do ułatwienia pracy kucharzom.
Najprostszy sposób klarowania masła, (dla tych którzy nie wiedzą).
Masło rozpuszczamy na bardzo wolnym ogniu, rozdziela się w tym czasie tłuszcz i woda zawarta w mleku, woda jako cięższa opada na dno garnka, a na powierzchni powstaje nam pianka, którą delikatnie zbieramy. Wystudzamy nasze rozpuszczone masło (z wodą na dnie naczynia) w lodówce, a po całkowitym wystudzeniu, przebijamy powierzchnię tłuszczu i odlewamy z naczynia wodę, otrzymując w ten sposób “anhydrous” pozbawiony wody, który możemy ponownie podgrzać doprowadzając do stanu oleistego i przelać do stosownego pojemnika w którym będziemy go dalej przechowywać.

Wracając jednak do naszego tytułowego śniadanka, … które obiecałem niedawno przedstawić mej Przyjacióce Anetce (przesympatycznej właścicielce wspaniałego, agroturystycznego gospodarstwa, “Dom pod Sosnami”) … w ramach toczącej się od dawna debaty, pod roboczym tytułem: “pyry, jajca, betki” … dawni bywalcy pewnie, dyskusję ową pamiętają.

Proste, łatwo dostępne i tanie składniki to: odrobina wyżej przedstawionego sklarowanego masła, jajka “kurzęce” (dla bardziej “wyrafinowanych podniebień” mogą być przepiórcze lub nawet strusie), ugotowane młode ziemniaki, troszkę cebulki (najlepsza będzie szalotka) i trochę startego żółtego sera (używam głównie startego Cheddar zmieszanego w proporcji 1:1 ze startym Monterey) … oczywiście można użyć innych Waszych ulubionych twardych serów, czy akurat dostepnych które macie w domu, lub ser dopasować, do aktualnie przygotowywanej wariacji dania np z dodatkiem świeżych leśnych grzybów, szynki, karczochów, papryki albo pomidorów … co tam Wam smakuje … lub dodać wszystkiego po trochu.
Proste owe danie, nazywam “Frittata à la Chef Paul“, gdyż wywodzi się ono po części z włoskiej “frittata” (we włoskiej wersji nie przewidziano ziemniaków jako smakowitego “wypełniacza”) a po części z hiszpańskiego omletu, zwanego “tortilla de patatas” (który zawiera wprawdzie jajka i ziemniaki, ale jest cieniutki, jak nie przymierzając, kilku kandydatów po ostatnich polskich, wyborach prezydenckich).

Pod linkiem podanym powyżej, znajdziecie również, przepis na sos z suszonych pomidorów, … taki jaki bardzo smakuje moim Gościom, do wersji podstawowej, bez żadnych dodatków tudzież warjacji.

W jakiś kulinarnym amoku, starłem zbyt dużą ilość sera Cheddar i Monterey Jack … którą stosunkowo ilość niewielką miałem użyć do papryczek faszerowanych mięsem wołowo-wieprzowym

… więc dodatkowo w zeszłym tygodniu, zrobiłem cukinię zapiekaną z papryką, pomidorem i kalafiorem

… może się komuś przepis przyda – pasuje jako dodatek do mięs z grilla … zestawiłem ją z grillowanymi schabowymi kotletami …

… marynowanymi na ostro, dokładnie w takiej samej marynacie jaką podałem w poprzedniej mojej wypowiedzi.

Na koniec ponieważ lato nie odpuszcza, danie akurat na tą porę … czyli andaluzyjskie Gazpacho w mojej wersji z dodatkiem Salsa Avocado
Składniki
: 1 kg pomidorów (z jak najmniejszą ilością pestek), dwa średnie ogórki, 2 kromki białego czerstwego pieczywa, 1 średnia słodka papryka, 1 mała zielona papryka chili, 2 ząbki czosnku, 2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia, sok z jednej lemonki i z jednej cytryny, sól i świeżo grubo mielony wielokolorowy pieprz oraz kilka świeżych liści bazylii. Na salsę: 1 avocado, 2 małe ogóreczki wielkości korniszona, 1 świeża papryczka jalapeno, 1 łyżeczka soku z cytryny,
Przygotowanie: Chleb pokrajać w kostkę i zamoczyć na 5 minut w pół litrze zimnej wody. Ogórki obrać ze skóry, wypestkować i zetrzeć na tarce o średnim oczku, posypać lekko solą i odstawić. Pomidory obrać ze skóry (polewając je uprzednio wrzątkiem) i drobno posiekać. Papryki oczyścić z gniazd nasiennych, słodką paprykę zetrzeć na grubym oczku a chili bardzo drobno posiekać. Czosnek rozetrzeć z solą.
Namoczony chleb rozdrobnić widelcem, odlać sok z ogórków i dodać wszystkie składniki do wody z chlebem, dokładnie wymieszać, doprawić solą i pieprzem do smaku (można również dodać opcjonalnie kilka kropel Tabasco) i odstawić do lodówki dla schłodzenia, przynajmniej na dwie godziny.
Przed podaniem zupy przygotować salsę: Avocado obrać i drobno posiekać, skropić natychmiast sokiem z cytryny by nie zbrązowiało. Jalapeno oczyścić z gniazd nasiennych i wraz z ogóreczkami bardzo drobno posiekać. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać.
Gazpacho podawać w schłodzonych talerzach, garnierując salsą i liśćmi bazylii oraz dodatkowo posypując lekko kruszonym lodem. Wielokrotnie dodaję również trochę śmietanki. Opcjonalnie można podawać z ziołowymi grzankami.

ze smakowitymi pozdrówkami pozostaję

Slow Cooker czyli wolnowar

W ostatnim wydaniu miesięcznika “Bon Apepetit” w jednym z wiodących artykułów możemy przeczytać o “powrocie do łask” potraw jednogarnkowych, … w tym oczywiście przygotowywanych w wolnowarze.
Zainspirowany, wyciągnąłem z czeluści kuchennych szaf, trochę już zapomniany i niezbyt często używany, swój “Slow Cooker”.
Zakupiony już lata temu, wtedy jeden z najbardziej nowoczesnych modeli, – wyposażony w funkcje podwójnego cyklu gotowania w różnych temperaturach oraz probierza, pozwalającego na automatyczne ustawienie gotowania, do czasu osiągnięcia ustawionej temperatury naszej potrawy (jest to bardzo wygodna funkcja, np w pieczeniu mięsa) – uznałem, że spełni moje wymagania nawet w bardziej skomplikowanych procesach przygotowania dań jednogarnkowych.

Przygotowałem moje ulubione żeberka z kapustą i papryką.
Pojechałem więc do pobliskiego sklepu w celu zakupu tychże (prócz żeberek, wszystkie pozostałe składniki miałem w swej kuchni) – lepsze do tej potrawy są żeberka uprzednio zapeklowane, ale na Florydzie nic takiego nie uświadczysz, … apetyt na żeberka był dzisiaj, więc nie pozostało nic innego, jak przygotować potrawę z żeberek świeżych.
Oto składniki potrzebne do przygotowania tej potrawy:


1.5 kg żeberek wieprzowych, 1 kg kwaszonej kapusty, połowa główki białej kapusty, 1 czerwona papryka, połowa dużej czerwonej cebuli, 4 ząbki czosnku, 1 łyżeczka suszonego estragonu, 5 dużych plastrów wędzonego boczku (około 10 dkg), 2 łyżki mąki, pół litra bulionu warzywnego, kieliszek gin’u (około 50 ml), 2 łyżki smalcu oraz sól i pieprz do smaku.

Wszystkie składniki nim trafią do naszego wolnowaru, muszą zostać stosownie przygotowane, … jak to zrobić i cały proces ich przygotowania, znajdziecie tutaj … nie zabiera to więcej niż 15-20 minut.
Wrzucamy więc wszystko do naszego “gara wolnowara” nastawiamy czas gotowania (w zależności od urządzenia jakie posiadacie, będzie to od 6 do 8 godzin) i możemy opuścić kuchnię …

… samo się ugotuje, a my w tym czasie możemy zająć się czymkolwiek … np pojechać na ryby, do przygotowaniania naszej następnej potrawy w “slow cooker” … o czym w następnym artykule dotyczącym gotowania w tym wygodnym urządzeniu.

Pozdrawiam jak zwykle smakowicie i niezmiernie serdecznie.

meksykańskie modyfikacje

Byłem niedawno z małżonką w bardzo przyjaznej knajpeczce, na późnym śniadaniu.
W podanym nam menu znalazłem meksykańską Casadia. Podawano ją jednak dopiero w porze lunch’u a godzina była jeszcze zbyt wczesna.
Poprosiłem więc do naszego stołu, Szefa Kuchni i uprzejmie go zapytałem, czy nie zechciał by w drodze wyjatku, przygotować dla nas to danie.
Chef się zgodził i po około 20 minutach wylądowała na naszym stole potężna Casadia …
… pachnąca świeżością mięska i warzyw. Potrawa imponująca swym rozmaiarem na dużym półmisku, okazała się niezwykle smakowita. Dawno już takiej smacznej nie jadłem.

Wczoraj, Teresce przypomniała sie owa potrawa i zażyczyła ją sobie na obiad. Nie miałem akurat w lodówce ani piersi kurczaka, ani świeżej lodowej sałaty … do sklepu nie chciało mnie się jechać, więc zrobiłem z tego co miałem dostępne.
Tak więc kurczaka zastąpiłem schabem, sałatę marynowanymi karczochami i szczypiorem, zwykłą cebulę czerwoną, dodałem jeszcze trzy tomatilos, (które akurat błąkały się w lodówkowej półce z warzywami). Ser, jalapeno, salsę i kwaśną śmietanę mam zawsze, no i co najważniejsze, pozostały jeszcze dwa duże placki tortilla, których nie zużyłem do buritos (placki kukurydziane były z dodatkiem szpinaku, ale to w niczym nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie).

Przystapiłem więc do dzieła i oto efekt: casadia à la Chef Paul

casadia à la Chef Paul

Małżowe gusta zostały zaspokojone, zebrałem garść pochwał i nieskromnie dodam, że nawet i mnie smakowała bardziej niż jej restauracyjny pierwowzór. Być może dlatego, że uwielbiam marynowane karczochy i przedkładam schabik z nutką czosnku, nad kurzęce cycki.

Jeżeli już stoimy sobie przy grillu, to dla przypomnienia, jedna z moich ulubionych grillowych potraw – skrzydełka “Diablo” … kilka dni temu, zajadaliśmy się nimi popijając tequilą z pomarańczowym sokiem i grenadine czyli popularnym “wschodzącym słońcem”.

skrzydełka Diablo

Pamiętając o zapytaniu Koleżanki Brazy podaję również, zeszłotygodniowy krem z brokułów

krem z brokułów

jak zwykle …  Wszystkich smakowicie i niezmiernie serdecznie pozdrawiam